Miało być o czym innym, miało być o Santiago, miało być o sesji, a jest... O czym jest, każdy widzi.
Pomińmy sytuacje skrajne i starego rzeźnika. Bo czyż nie jest to jakaś przeogromna mądrość, dobierać się według pewnego klucza? Automatyczna pewność, że są te same fundamenty, że będzie zachowywana ta sama tradycja... Dobra nie pewność, ale ogromne szanse powodzenia. Przynajmniej w takiej Anatewce - bo współczesny świat jest dość kopnięty i ryzyko nietrafienia tak jakby wzrasta.
Bo kiedy ma się te same fundamenty, tego samego Boga, te same poglądy i tę samą pasję życia; i jeszcze wpuści się do tego wszystkiego łaskę poprzez działalność Ducha Świętego (i będzie się go regularnie dokarmiać), to tak jakby udać się powinno. A nawet musi - bowiem Bóg z tymi, którzy mu ufają, współdziała we wszystkim dla ich dobra.
Żydzi może i hermetyczni byli, ale mieli ciut bardziej poukładany świat. Bo przed obecną i wszechobecną popkulturą po prostu obronić się nie da. Widzę po sobie i po otaczającym, jak wielkie może siać spustoszenie, jak sprowadza myśli, poglądy i zachowania na manowce, jak... A miłość to nie są jakieś wielkie hupce, tylko wierność wyborowi. Bez zbędnego zastanawiania się.
Pomińmy sytuacje skrajne i starego rzeźnika. Bo czyż nie jest to jakaś przeogromna mądrość, dobierać się według pewnego klucza? Automatyczna pewność, że są te same fundamenty, że będzie zachowywana ta sama tradycja... Dobra nie pewność, ale ogromne szanse powodzenia. Przynajmniej w takiej Anatewce - bo współczesny świat jest dość kopnięty i ryzyko nietrafienia tak jakby wzrasta.
Bo kiedy ma się te same fundamenty, tego samego Boga, te same poglądy i tę samą pasję życia; i jeszcze wpuści się do tego wszystkiego łaskę poprzez działalność Ducha Świętego (i będzie się go regularnie dokarmiać), to tak jakby udać się powinno. A nawet musi - bowiem Bóg z tymi, którzy mu ufają, współdziała we wszystkim dla ich dobra.
Żydzi może i hermetyczni byli, ale mieli ciut bardziej poukładany świat. Bo przed obecną i wszechobecną popkulturą po prostu obronić się nie da. Widzę po sobie i po otaczającym, jak wielkie może siać spustoszenie, jak sprowadza myśli, poglądy i zachowania na manowce, jak... A miłość to nie są jakieś wielkie hupce, tylko wierność wyborowi. Bez zbędnego zastanawiania się.
- Punkt na ziemi:Poznań
- Dźwięki:Fiddler on the roof - Matchmaker
Jakoś się rozeszło pisanie, a przecież tyle do powiedzenia... Może się wezmę i zmobilizuję, bo przecież historie w duszy grają, mają już swoje słowa, i tylko trzeba je zapisać. Więc może się wezmę. Ale jeszcze nie dziś.
- Punkt na ziemi:wilda dolna
- Nastrój:smutcholijny
- Dźwięki:Romeo et Juliette - L'amour heureux
#1
Na zajęciach z interpretacji tekstów prawnych prowadzący ogłosił, iż święty Paweł mówiąc, iż nie będzie już Greka i Rzymianina, miał w zamiarze ukonstytuowanie praw człowieka. Biedny Paweł.
#2
Idę sobie ulicą. Obok jakiś młodzian głośno nawija stojącej idącej z nim dziewoi, wyraźnie w zamiarze zaimponowania. No i wiesz, wczoraj piłam z kumplem. Ze studentem polibudy! I wyobraź sobie, dałem radę! No wiesz, jego nie przegonię, ale dałem radę i wytrzymałem! Strach się bać takiej polibudy.
#3
Znani i lubiani żule (wiek ca 30-40) z Wildy stoją pod lokalną świątynią, tzn. pod punktem handlowo-towarzyskim "Żabka" i konwersują. Jeden powołuje się na autorytet swojej matki. Drugi ośmiela się to zakontestować. Pierwszy reaguje... Bo to jest, przecinek, moja matka! I jak ona coś powie, to jest, przecinek, świętość! Jakby twoja matka coś powiedziała, to też być to, przecinek, szanował.
Naprawdę kocham swoją dzielnicę.
Na zajęciach z interpretacji tekstów prawnych prowadzący ogłosił, iż święty Paweł mówiąc, iż nie będzie już Greka i Rzymianina, miał w zamiarze ukonstytuowanie praw człowieka. Biedny Paweł.
#2
Idę sobie ulicą. Obok jakiś młodzian głośno nawija stojącej idącej z nim dziewoi, wyraźnie w zamiarze zaimponowania. No i wiesz, wczoraj piłam z kumplem. Ze studentem polibudy! I wyobraź sobie, dałem radę! No wiesz, jego nie przegonię, ale dałem radę i wytrzymałem! Strach się bać takiej polibudy.
#3
Znani i lubiani żule (wiek ca 30-40) z Wildy stoją pod lokalną świątynią, tzn. pod punktem handlowo-towarzyskim "Żabka" i konwersują. Jeden powołuje się na autorytet swojej matki. Drugi ośmiela się to zakontestować. Pierwszy reaguje... Bo to jest, przecinek, moja matka! I jak ona coś powie, to jest, przecinek, świętość! Jakby twoja matka coś powiedziała, to też być to, przecinek, szanował.
Naprawdę kocham swoją dzielnicę.
- Punkt na ziemi:Wilda
- Dźwięki:NDdP - Belle (russian version)
Kiedy byłam w liceum, wszyscy mówili o wuniowstąpieniu, i było to takie śmieszne i zabawne. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, ale wstępowanie dokądkolwiek wydawało nam się dowcipnym i lekkim pomysłem. Ech, młodość... Ubi sunt niegdysiejsze uśmiechy? A teraz, po pięciu latach, zmieniło się to i owo, ciut rozumu przybyło. Dużo, mało, stało się, nie stało.
Takie refleksje na marginesie. Ale i tak dobrze, że jest już maj.
Takie refleksje na marginesie. Ale i tak dobrze, że jest już maj.
- Punkt na ziemi:dom
Każdemu przecież wiadomo, że jeżeli pierwszy motyl, którego zobaczy się na wiosnę, jest żółty, to lato będzie wesołe. Jeżeli jest biały, będzie to tylko spokojne lato. O czarnych i brązowych motylach najlepiej nawet nie wspominać, gdyż jest to zbyt smutne.
Tove Jansson, W Dolinie Muminków
Mój motyl był żółty. Żółty, żółciutki, jak najpiękniejsze wiosenne kwiaty, jak żonkile na rogach ulic, jak tulipany i jak róże. Ale spotkałam go dwa razy. Jadąc leśną drogą i niedługo potem wracając nią - niemal w tym samym miejscu. Czy z tego mogę wnosić, że lato będzie bardzo wesołe, czy może szczęśliwe?
- Punkt na ziemi:Nowe Miasto
Zajęcia z mitologii to zasadniczo jedne z moich ulubionych; nawet jeśli prowadzący poza filologią nastudiował się psychologii i męczy nas jakimiś koncepcjami Junga, które do mitów może i nawet troszkę pasują, aczkolwiek naprawdę nie uważam, żeby wyszukiwanie animusa i animy w każdym absolutnie bohaterze było celowe. Ponadto, prowadzący jest lemingowatą wersją całkiem myślącego katolika, co stanowi swoiste kuriozum, oraz miłośnikiem braci Scofieldów, co nieodmiennie wprowadza mnie w pomieszanie.
W każdym razie. Na dzisiejsze zajęcia braliśmy fragment z biografii Tolkiena, tyczący się nawrócenia Lewisa, oraz "Lwa, czarownicę i starą szafę". A przynajmniej - taka była teoria. Bowiem zamiast grzecznie rozmawiać o tym, że „Stary mit o umierającym Bogu, nie przestając być mitem, schodzi z nieba legendy i wyobraźni na ziemię historii. Wydarza się - w określonym dniu i miejscu, pociągając za sobą możliwe do określenia historyczne konsekwencje.” Zamiast tego - prowadzący włacza film. Myślę ja - wtf? Film zaczyna się od sekwencji rónych morderczych, krwawych i wojennych zdjęć, a potem następuje enigmatyczny tytuł "Zeitgeist". A potem jest tylko gorzej.
Film (a raczej wyrób filmopodobny) na początku oburzył i wywołał złość, ale z minuty na minutę okazywał się po prostu tak głupi, że złośc przechodziła w zażenowanie, aż wreszcie śmiech. Traktował generalnie o tym, że chrześcijańsrtwo to ściema. Próbował to udowodnić pseudonaukowym bełkotem przemieszanym ze scenami wprost kpiącymi z chrześcijaństwa. Zawierał takie kuriozalne pomyły, jak Żydzi - mistrzowie astrologii, czy też zapaleni badacze sąsiednich kultur i religii w celu stworzenia własnej. Naciągał fakty w sposób więcej i oczywisty - Józef został trzynastym synem Jakuba, aby pasowała do liczb, zaś Ozyrysowi przypisano całe mnóstwo cech Chrystusowych, o których sam zainteresowany nigdy nie słyszał. Operował kalendarzem gregoriańskim w stosunku do wydarzeń z circa trzeciego i drugiego tysiąclecia naszej ery, udawał, że lepiej zna się na przekładaniu Biblii niż specjaliści od tegoż, czy wreszcie uznawał Chrystusa za postać czysto fikcyjną. Tak, ponieważ Tacyt i Swetoniusz mieli na myśli coś zupełnie innego, niż napisali, a Flawiusz to w ogóle fałszywka.
I tak dalej, w ten deseń. Siedząca obok mnie zadeklarowana ateistka zżymała się bardziej ode mnie, na mnie bowiem taki poziom idiotyzmu i absurdu wywoływał tylko myśl "niech to się wreszcie skończy, bo szkoda mojego życia". Bo potrafię dyskutować z każdym, o ile argumenty sa na poziomie. Ba, mogę nawet pojąc propagandę i manipulację - ale na Jowisza, niech chociaż udaje inteligentną! A puenta jest taka, że zmarnowaliśmy na ten quasi-dokument dwie trzecie zajęć, więc na rozmowę o meritum pozostały marne minuty. Ledwo zdązyłam się rozkręcić w dyskusji o tym, że Lewis, choć nie do końca nawrócony, to jednak szczery chrześcijanin, i naprawdę miał zamiar napisać chrześcijańską alegorię, i wręcz to zrobił - i już się zajęcia skończyły. A ja pozostałam z niesmakiem.
W każdym razie. Na dzisiejsze zajęcia braliśmy fragment z biografii Tolkiena, tyczący się nawrócenia Lewisa, oraz "Lwa, czarownicę i starą szafę". A przynajmniej - taka była teoria. Bowiem zamiast grzecznie rozmawiać o tym, że „Stary mit o umierającym Bogu, nie przestając być mitem, schodzi z nieba legendy i wyobraźni na ziemię historii. Wydarza się - w określonym dniu i miejscu, pociągając za sobą możliwe do określenia historyczne konsekwencje.” Zamiast tego - prowadzący włacza film. Myślę ja - wtf? Film zaczyna się od sekwencji rónych morderczych, krwawych i wojennych zdjęć, a potem następuje enigmatyczny tytuł "Zeitgeist". A potem jest tylko gorzej.
Film (a raczej wyrób filmopodobny) na początku oburzył i wywołał złość, ale z minuty na minutę okazywał się po prostu tak głupi, że złośc przechodziła w zażenowanie, aż wreszcie śmiech. Traktował generalnie o tym, że chrześcijańsrtwo to ściema. Próbował to udowodnić pseudonaukowym bełkotem przemieszanym ze scenami wprost kpiącymi z chrześcijaństwa. Zawierał takie kuriozalne pomyły, jak Żydzi - mistrzowie astrologii, czy też zapaleni badacze sąsiednich kultur i religii w celu stworzenia własnej. Naciągał fakty w sposób więcej i oczywisty - Józef został trzynastym synem Jakuba, aby pasowała do liczb, zaś Ozyrysowi przypisano całe mnóstwo cech Chrystusowych, o których sam zainteresowany nigdy nie słyszał. Operował kalendarzem gregoriańskim w stosunku do wydarzeń z circa trzeciego i drugiego tysiąclecia naszej ery, udawał, że lepiej zna się na przekładaniu Biblii niż specjaliści od tegoż, czy wreszcie uznawał Chrystusa za postać czysto fikcyjną. Tak, ponieważ Tacyt i Swetoniusz mieli na myśli coś zupełnie innego, niż napisali, a Flawiusz to w ogóle fałszywka.
I tak dalej, w ten deseń. Siedząca obok mnie zadeklarowana ateistka zżymała się bardziej ode mnie, na mnie bowiem taki poziom idiotyzmu i absurdu wywoływał tylko myśl "niech to się wreszcie skończy, bo szkoda mojego życia". Bo potrafię dyskutować z każdym, o ile argumenty sa na poziomie. Ba, mogę nawet pojąc propagandę i manipulację - ale na Jowisza, niech chociaż udaje inteligentną! A puenta jest taka, że zmarnowaliśmy na ten quasi-dokument dwie trzecie zajęć, więc na rozmowę o meritum pozostały marne minuty. Ledwo zdązyłam się rozkręcić w dyskusji o tym, że Lewis, choć nie do końca nawrócony, to jednak szczery chrześcijanin, i naprawdę miał zamiar napisać chrześcijańską alegorię, i wręcz to zrobił - i już się zajęcia skończyły. A ja pozostałam z niesmakiem.
- Punkt na ziemi:dom
Konferencja to jest bardzo śmieszna rzecz, zwłaszcza, kiedy jest mocno prowizoryczna. Z obu stron. Konferencja była sobie w Katowicach, w ramach Festiwalu Nauki czy czegoś w ten deseń. Zgłosiłam się po terminie, abstrakt, jak sama nazwa wskazuje, był mocno abstrakcyjny. A konferencja dla licealistów, więc referat nie miał zawierać trudnych słów. Przynajmniej nie za dużo. A ponieważ nie nadaję się na międzynarodową Studencką Konferencję Starożytniczą bo jestem za głupia, to pojechałam do Katowic. Nie spałam prawie wcale, bowiem pociąg był o drugiej, dojechał do Katowic rano. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, jak półtorej doby bez snu.
Jawi się pytanie, o czym mówiłam. Ano, temat był tak ogólny, jak tylko się dało: "Tradycja i kultura antyczna". Zagadka: o czym zatem mogłam mówić? Tak, tak, bez niespodzianek, to znów było dla odmiany o Herbercie. Co prawda przeżyłam zaskoczenie dzień przed, kiedy to dostałam program i okazało się, że podałam temat inny, niż mi się zdawało. To znaczy, nie o inspiracjach antycznych w ogóle, a o antycznych źródłach moralności. Ale bez większych problemów, dodało się tu i ówdzie rozważania o arete, rozwinęło wątek kalokagatii i git.
Referat się powiedział, obiad się zjadł, inne referaty (w imponującej liczbie trzech plus inauguracyjny z UJ!) się posłuchały. A na dworcu w Katowicach jest absolutnie obłędny bukinista. To chyba w ramach Międzynarodowego Dnia Książki, bowiem dziś w empiku nie było NIC ciekawego, a co było, było drogie; zaś w Arsenale było to i owo, ale tez drogie. Więc nabyłam u bukinisty małą encyklopedię kultury antycznej, Davida Copperfielda, Dołęgę-Mostowicza, baśnie narodów ZSRR - nadbałtyckie, "Cudowną podróż" oraz Księgę baśni z tysiąca i jednej nocy. Bibliofilia w czystej postaci, a upiłam tak mało, bo więcej bym nie udźwignęła. Celowo wzięłam duży plecak, bukinistę znam nie od dziś, odwiedzam go co roku, wracając z Jasnej Góry. Ale teraz się rozwinął, trzy stoły i mnóstwo regałów! Mogłabym tam zamieszkać.
O bibliofilii to jeszcze będzie, ale tymczasem muszę wracać do produkcji referatu. O cyrku antycznym.
Jawi się pytanie, o czym mówiłam. Ano, temat był tak ogólny, jak tylko się dało: "Tradycja i kultura antyczna". Zagadka: o czym zatem mogłam mówić? Tak, tak, bez niespodzianek, to znów było dla odmiany o Herbercie. Co prawda przeżyłam zaskoczenie dzień przed, kiedy to dostałam program i okazało się, że podałam temat inny, niż mi się zdawało. To znaczy, nie o inspiracjach antycznych w ogóle, a o antycznych źródłach moralności. Ale bez większych problemów, dodało się tu i ówdzie rozważania o arete, rozwinęło wątek kalokagatii i git.
Referat się powiedział, obiad się zjadł, inne referaty (w imponującej liczbie trzech plus inauguracyjny z UJ!) się posłuchały. A na dworcu w Katowicach jest absolutnie obłędny bukinista. To chyba w ramach Międzynarodowego Dnia Książki, bowiem dziś w empiku nie było NIC ciekawego, a co było, było drogie; zaś w Arsenale było to i owo, ale tez drogie. Więc nabyłam u bukinisty małą encyklopedię kultury antycznej, Davida Copperfielda, Dołęgę-Mostowicza, baśnie narodów ZSRR - nadbałtyckie, "Cudowną podróż" oraz Księgę baśni z tysiąca i jednej nocy. Bibliofilia w czystej postaci, a upiłam tak mało, bo więcej bym nie udźwignęła. Celowo wzięłam duży plecak, bukinistę znam nie od dziś, odwiedzam go co roku, wracając z Jasnej Góry. Ale teraz się rozwinął, trzy stoły i mnóstwo regałów! Mogłabym tam zamieszkać.
O bibliofilii to jeszcze będzie, ale tymczasem muszę wracać do produkcji referatu. O cyrku antycznym.
- Punkt na ziemi:Poznań
- Dźwięki:Umberto Tozzi -Ti Amo
Tak mi się przypomniało, bowiem ksiądz mówił dziś w homilii o nawracaniu. A o. Salij też o tym mówił, i choć tak circa połowy już nie pamiętam (trzeba było zapisywać...), to jednak jedno mi przyszło do głowy, chyba najważniejsze, inaczej bym nie zapamiętała.
A mówił, że nawracać się to po pierwsze przestać czynić źle. Co wydaje się w sumie banalne i oczywiste, a jak pokazuje praktyka, wcale takie nie jest.. O. Salij przytoczył bardzo czytelną, moim zdaniem, metaforę tyczącą się wychodzenia ze złego. Bo to jest jak z pociągami, kiedy się wsiadło do niewłaściwego, i zamiast do Warszawy, pojechało do Berlina. I tu się na nic zda kombinowanie, wielkie mecyje, jakieś próby zrobienia tego i owego. Trzeba wysiąść i zawrócić, pociągiem w dokładnie przeciwnym kierunku. Rozwiązanie okrutne w swej prostocie, drastycznie oczywiste, i równie trudne, co skuteczne. Co więcej, tego nie można odkładać na nieśmiertelne "jutro". To trzeba zrobić dziś.
I dalej - bo nieczynienie zła to nie wszystko. Trzeba jeszcze czynić dobro. I tu się zaczynają prawdziwe schody. Bo jak tu kochać bliźniego, który jest głupi, brzydki i ma kaprawe oczko? Jak wybaczać, kiedy ktoś wbija szpilę z komentarzem "ojej, nie chciałem..."? Jak być promiennym, uśmiechniętym, kiedy cały świat idzie na opak? Pytań można nazadawać multum, a co jedno, to trudniejsze. I... I nawet jeśli nie wiem jak, to wiem, że najwyraźniej jakoś można.
A mówił, że nawracać się to po pierwsze przestać czynić źle. Co wydaje się w sumie banalne i oczywiste, a jak pokazuje praktyka, wcale takie nie jest.. O. Salij przytoczył bardzo czytelną, moim zdaniem, metaforę tyczącą się wychodzenia ze złego. Bo to jest jak z pociągami, kiedy się wsiadło do niewłaściwego, i zamiast do Warszawy, pojechało do Berlina. I tu się na nic zda kombinowanie, wielkie mecyje, jakieś próby zrobienia tego i owego. Trzeba wysiąść i zawrócić, pociągiem w dokładnie przeciwnym kierunku. Rozwiązanie okrutne w swej prostocie, drastycznie oczywiste, i równie trudne, co skuteczne. Co więcej, tego nie można odkładać na nieśmiertelne "jutro". To trzeba zrobić dziś.
I dalej - bo nieczynienie zła to nie wszystko. Trzeba jeszcze czynić dobro. I tu się zaczynają prawdziwe schody. Bo jak tu kochać bliźniego, który jest głupi, brzydki i ma kaprawe oczko? Jak wybaczać, kiedy ktoś wbija szpilę z komentarzem "ojej, nie chciałem..."? Jak być promiennym, uśmiechniętym, kiedy cały świat idzie na opak? Pytań można nazadawać multum, a co jedno, to trudniejsze. I... I nawet jeśli nie wiem jak, to wiem, że najwyraźniej jakoś można.
- Punkt na ziemi:Poznań
Prokastynacja
W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa nazywana "syndromem studenta".
Prokrastynator ma problemy z zabraniem się do pracy, zwłaszcza wtedy, gdy nie widzi natychmiastowych efektów.
Termin pochodzi od łacińskiego słowa "procrastinatio" – odroczenie, zwłoka, odkładanie na jutro lub "procrastinare" – odroczyć, zwlekać, odkładać na jutro.
W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa nazywana "syndromem studenta".
Prokrastynator ma problemy z zabraniem się do pracy, zwłaszcza wtedy, gdy nie widzi natychmiastowych efektów.
Termin pochodzi od łacińskiego słowa "procrastinatio" – odroczenie, zwłoka, odkładanie na jutro lub "procrastinare" – odroczyć, zwlekać, odkładać na jutro.
- Punkt na ziemi:Pozań
Będzie, będzie, wrócę do pisania. Dokończę o rekolekcjach, opowiem o Świętach, które był dobre i spokojne, opowiem o gotowaniu i pieczeniu i o kocie zżerającym święconkę. Opowiem o Poznańskim Klubie Frondy, który tak jakoś się założył, opowiem o redaktorze Terlikowskim, który mówi mądrze i radzi jeszcze lepiej. Wrócę do pisania o książkach, a najpierw wrócę do ich czytania.
Ale to będzie. Będzie, już niedługo, może dziś, może jutro. Bo muszę teraz na chwilę zamknąć oczy, odetchnąć.
Bo jest kwiecień, ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu. I nie należy wierzyć w nic, co się podówczas dzieje. Kwiecień, ze swoją okrutną zmiennością, z ułudą słońca, którą po chwili pokrywa zimnym wiatrem. Kwiecień, namawiający kwiaty do wzrostu, mamiący ciepłym tchnieniem, by zaraz potem je zmrozić. Kwiecień to złudzenie, to pogoń za marzeniami, które są jak żółw Achillesa i nie dadzą się złapać. I wiem to, wiem, a jednak znów daję się złapać na to mieszanie wspomnienia z pożądaniem.
Ale to będzie. Będzie, już niedługo, może dziś, może jutro. Bo muszę teraz na chwilę zamknąć oczy, odetchnąć.
Bo jest kwiecień, ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu. I nie należy wierzyć w nic, co się podówczas dzieje. Kwiecień, ze swoją okrutną zmiennością, z ułudą słońca, którą po chwili pokrywa zimnym wiatrem. Kwiecień, namawiający kwiaty do wzrostu, mamiący ciepłym tchnieniem, by zaraz potem je zmrozić. Kwiecień to złudzenie, to pogoń za marzeniami, które są jak żółw Achillesa i nie dadzą się złapać. I wiem to, wiem, a jednak znów daję się złapać na to mieszanie wspomnienia z pożądaniem.
- Punkt na ziemi:Nowe Miasto
Tak, trzecia, najpierw trzecia, bo nad drugą muszę pomyśleć, a poza tym trzecia (a raczej te jej fragmenty, które chcę przytoczyć) jest dość kompatybilna z różnymi myślami, zastanawianiami i wątpliwościami, które mi się snują teraz po głowie.
Najpierw metaforyczny obraz. Gdy drzewo upadnie w lesie, na przykład trafione piorunem, robi mnóstwo hałasu, zwraca na siebie uwagę, nieraz powstają jakieś zniszczenia. Ale to tylko jedno drzewo. A kto zwraca uwagę na to, że dookoła, cicho, lecz stanowczo, rośnie cały las, wiele, wiele upartych drzew? I tak jest też z Kościołem. Łatwo jest znaleźć jakieś widowiskowe nadużycie i je krytykować, wokół krytykanctwa obudować swoją wiarę. Zwrócenie uwagi na to, co dobre, jest już trudniejsze. Do dobro jest ciche, pokorne i nie zwracam na siebie uwagi. Ta niepozorność bardzo łatwo pozwala je przeoczyć.
A dalej mówił o. Salij o wspomnieniach sybiraków - którzy na swoim wygnaniu księdza widywali z rzadka albo wcale. I dzięki temu prawdziwie doceniali wartość tego daru, jakim jest Eucharystia. A my? Ten kościół nie, bo organista fałszuje, tutaj nie, bo ministranci krzywo klękają. Tutaj zbyt modernistycznie, tam za mało inteligentne kazania, a tu znów zbyt trudne... Oczywiście, przepisy wszelkiej maści są ważne, a nawet bardzo ważne - studentce prawa nikt tego tłumaczyć nie musi. Ale czy nie zgubiliśmy czegoś po drodze? Kościół nie jest dla ludzi, w tym sensie, że nie ma schlebiać gustom, nie mamy się w nim "fajnie czuć". Chrystus jadał z celnikami, zadawał się z prostytutkami i wszelkim innym elementem społecznym. Oni pewnie nie umieli się zachować, i też by krzywo klękali - ale mieli w sobie prawdziwą wiarę i miłość.
Krytykowanie, wytykanie palcem jest łatwe. A już bardzo łatwe, gdy ma się w tej krytyce rację - bo nie przeczę, że w Kościele dzieje się dużo złego. A dużo, dużo trudniej jest coś z tym zrobić. Zabrać się do jakichś działań i ewangelizować - to znaczy, głosić Dobrą Nowinę tak, aby ktoś inny mógł ją przyjąć.
Ale czy ktoś powiedział, że będzie łatwo?
Najpierw metaforyczny obraz. Gdy drzewo upadnie w lesie, na przykład trafione piorunem, robi mnóstwo hałasu, zwraca na siebie uwagę, nieraz powstają jakieś zniszczenia. Ale to tylko jedno drzewo. A kto zwraca uwagę na to, że dookoła, cicho, lecz stanowczo, rośnie cały las, wiele, wiele upartych drzew? I tak jest też z Kościołem. Łatwo jest znaleźć jakieś widowiskowe nadużycie i je krytykować, wokół krytykanctwa obudować swoją wiarę. Zwrócenie uwagi na to, co dobre, jest już trudniejsze. Do dobro jest ciche, pokorne i nie zwracam na siebie uwagi. Ta niepozorność bardzo łatwo pozwala je przeoczyć.
A dalej mówił o. Salij o wspomnieniach sybiraków - którzy na swoim wygnaniu księdza widywali z rzadka albo wcale. I dzięki temu prawdziwie doceniali wartość tego daru, jakim jest Eucharystia. A my? Ten kościół nie, bo organista fałszuje, tutaj nie, bo ministranci krzywo klękają. Tutaj zbyt modernistycznie, tam za mało inteligentne kazania, a tu znów zbyt trudne... Oczywiście, przepisy wszelkiej maści są ważne, a nawet bardzo ważne - studentce prawa nikt tego tłumaczyć nie musi. Ale czy nie zgubiliśmy czegoś po drodze? Kościół nie jest dla ludzi, w tym sensie, że nie ma schlebiać gustom, nie mamy się w nim "fajnie czuć". Chrystus jadał z celnikami, zadawał się z prostytutkami i wszelkim innym elementem społecznym. Oni pewnie nie umieli się zachować, i też by krzywo klękali - ale mieli w sobie prawdziwą wiarę i miłość.
Krytykowanie, wytykanie palcem jest łatwe. A już bardzo łatwe, gdy ma się w tej krytyce rację - bo nie przeczę, że w Kościele dzieje się dużo złego. A dużo, dużo trudniej jest coś z tym zrobić. Zabrać się do jakichś działań i ewangelizować - to znaczy, głosić Dobrą Nowinę tak, aby ktoś inny mógł ją przyjąć.
Ale czy ktoś powiedział, że będzie łatwo?
- Punkt na ziemi:Nowe Miasto
Obiecałam dalej opowiedzieć o rekolekcjach o. Salija, ale... Wiosna przyszła.
Wiem, to banalne, zachwycać się tak - a jednak. Wracam do domu, idę cichą drogą za wsią, jest ciepło, spokojnie, niebo jasne. Do domu wraca się za każdym razem tak samo i za każdym razem inaczej. Oddycham pełną piersią, otulona promieniami słońca.
Kwiaty uśmiechają się spod trawy i zeszłorocznych liści, ciepłe tchnienie wiatru niesie ze sobą zapach ziemi - dobry zapach, bezpieczny, zapach dzieciństwa. Jest już na tyle ciepło, że można chodzić boso - po raz pierwszy w tym roku. Ziemia jest miękka, wilgotna, dopiero niedawno wchłonęła w siebie całą zimę. Wciska się między palce, zapada lekko, a tu i ówdzie stąpam po mchu jak po atłasowym kobiercu. Chodzę tu i tam, jak wędrowiec wracający z daleka, dotykam drzew i jestem u siebie. A potem siadam na huśtawkę, wzbijam się wysoko, ku słoncu - i dzieciństwo jest już na wyciągnięcie ręki.
Wiem, to banalne, zachwycać się tak - a jednak. Wracam do domu, idę cichą drogą za wsią, jest ciepło, spokojnie, niebo jasne. Do domu wraca się za każdym razem tak samo i za każdym razem inaczej. Oddycham pełną piersią, otulona promieniami słońca.
Kwiaty uśmiechają się spod trawy i zeszłorocznych liści, ciepłe tchnienie wiatru niesie ze sobą zapach ziemi - dobry zapach, bezpieczny, zapach dzieciństwa. Jest już na tyle ciepło, że można chodzić boso - po raz pierwszy w tym roku. Ziemia jest miękka, wilgotna, dopiero niedawno wchłonęła w siebie całą zimę. Wciska się między palce, zapada lekko, a tu i ówdzie stąpam po mchu jak po atłasowym kobiercu. Chodzę tu i tam, jak wędrowiec wracający z daleka, dotykam drzew i jestem u siebie. A potem siadam na huśtawkę, wzbijam się wysoko, ku słoncu - i dzieciństwo jest już na wyciągnięcie ręki.
- Punkt na ziemi:Nowe Miasto
Znów.
April is the cruellest month, breeding
Lilacs out of the dead land, mixing
Memory and desire, stirring
Dull roots with spring rain.
Winter kept us warm, covering
Earth in forgetful snow, feeding
A little life with dried tubers.
Summer surprised us, coming over the Starnbergersee
With a shower of rain; we stopped in the colonnade
And went on in sunlight, into the Hofgarten,
And drank coffee, and talked for an hour.
Bin gar keine Russin, stamm' aus Litauen, echt deutsch.
And when we were children, staying at the arch-duke's,
My cousin's, he took me out on a sled,
And I was frightened. He said, Marie,
Marie, hold on tight. And down we went.
In the mountains, there you feel free.
I read, much of the night, and go south in winter.
T.S. Eliot, The Waste Land - The Burial of Dead
- Punkt na ziemi:Poznań Wiosenny
Rekolekcje szumnie nazywają się "dla inteligencji". Być nią to raczej nie jestem, może kiedyś będę, ale tak czy tak, warto o. Jacka Salija OP posłuchać. A ponadto, były to chyba jedyne w okolicy rekolekcje, które pasowały mi czasowo i które nie było Szymon-Hołownia-Show.
Poszłam zatem, i warto było. Ambitna, niebanalna i ciekawie ujęta konferencja. O czym? Ano, odpowiedź zabrzmi dość banalnie, bo o wierze. A jednak. O rzeczach oczywistych i oklepanych można powiedzieć jeszcze masą zaskakujących rzeczy. A ponieważ o. Salij posiada umiejętność spójnego wyrażania myśli - trafia.
O wierze zatem. A konkretnie - o trzech płaszczyznach wiary. Język polski, swoim zwyczajem, zaciemnia te różnice na poziomie leksykalnym - o. Salij, ku radości mojej duszy filologa, posiłkował się więc łaciną. A więc do adremu.
Primo, wierzyć można "że". Wyraża się to łacińskim czasownikiem "credere", wyznajemy co niedziela - Credo in Unum Deum, etc. I tu robi się mętnie, bowiem po naszemu mówi się "wierzę w". W każdym razie - chodzi o przyjęcie całości nauczania Magisterium Kościoła. Do tego właśnie jest potrzebna wiara, ponieważ trafiają się kawałki rozumowo niepojęte.
Secundo, wierzy się Bogu. Ten kawałek z jednej strony nie wymaga objaśnień, a z drugiej - zrozumiałam go najsłabiej. Może dlatego, że zabrakło łacińskiego słowa. To coś więcej, niż tylko przyjąć nauczanie - to chcieć nim żyć i uczestniczyć w więzi.
Tertio, wierzyć należy w Boga. I znów, przy polskiej niejednoznaczności w sukurs przychodzi łacina. "Fides" - i od razu widać, że to coś zupełnie innego od pierwszego podpunktu; a po polsku ta różnica się zaciera. "Fides" to zawierzenie. Oddanie siebie. Wierzenie w, rozumiane jako bezgraniczne zaufanie.
Nie potrafię oddać całości konferencji, której słuchało się z prawdziwą przyjemnością. Streszczenie kilku głównych myśli - ku własnej i cudzej pamięci. Z całą pewnością warto było pójść. Jeśli ktoś z poznaniaków ma okazję - dzisiaj po raz ostatni, na 19 u dominikanów.
Poszłam zatem, i warto było. Ambitna, niebanalna i ciekawie ujęta konferencja. O czym? Ano, odpowiedź zabrzmi dość banalnie, bo o wierze. A jednak. O rzeczach oczywistych i oklepanych można powiedzieć jeszcze masą zaskakujących rzeczy. A ponieważ o. Salij posiada umiejętność spójnego wyrażania myśli - trafia.
O wierze zatem. A konkretnie - o trzech płaszczyznach wiary. Język polski, swoim zwyczajem, zaciemnia te różnice na poziomie leksykalnym - o. Salij, ku radości mojej duszy filologa, posiłkował się więc łaciną. A więc do adremu.
Primo, wierzyć można "że". Wyraża się to łacińskim czasownikiem "credere", wyznajemy co niedziela - Credo in Unum Deum, etc. I tu robi się mętnie, bowiem po naszemu mówi się "wierzę w". W każdym razie - chodzi o przyjęcie całości nauczania Magisterium Kościoła. Do tego właśnie jest potrzebna wiara, ponieważ trafiają się kawałki rozumowo niepojęte.
Secundo, wierzy się Bogu. Ten kawałek z jednej strony nie wymaga objaśnień, a z drugiej - zrozumiałam go najsłabiej. Może dlatego, że zabrakło łacińskiego słowa. To coś więcej, niż tylko przyjąć nauczanie - to chcieć nim żyć i uczestniczyć w więzi.
Tertio, wierzyć należy w Boga. I znów, przy polskiej niejednoznaczności w sukurs przychodzi łacina. "Fides" - i od razu widać, że to coś zupełnie innego od pierwszego podpunktu; a po polsku ta różnica się zaciera. "Fides" to zawierzenie. Oddanie siebie. Wierzenie w, rozumiane jako bezgraniczne zaufanie.
Nie potrafię oddać całości konferencji, której słuchało się z prawdziwą przyjemnością. Streszczenie kilku głównych myśli - ku własnej i cudzej pamięci. Z całą pewnością warto było pójść. Jeśli ktoś z poznaniaków ma okazję - dzisiaj po raz ostatni, na 19 u dominikanów.
- Punkt na ziemi:Poznań
Kiedyś więcej czytałam.
Zastanawiam się, czy mam jakąś blokadę, czy to po prostu lenistwo. Ale leżą książki nieskończone od kilku miesięcy, zdobyczny na Allegro Olaf, którego czytałam z zapałem na wykładach - trza by zacząć od nowa, aby przypomnieć kontekst; nowy Zafon, zaczynany kilkakrotnie... Tu coś pożyczone, wypożyczone, wciśnięte jako "musisz to przeczytać". Gdybym dostała w prezencie wolny tydzień, mogłabym się nie ruszać z kanapy, zapijać herbatki i odpłynąć na wyspy szczęśliwe literatury. Dawno tam nie byłam na dłużej, wpadam tylko na moment.
Książki mówią o ludziach i prowokują ludzi do mówienia o sobie. W moim mieszkaniu obiekty drukowane są wszędzie, kodeksy mieszają się z literaturą okołośródziemnomorską, jakaś mitologia, jakaś historia, belles lettres obok modlitewników, gdzieś notatki, gdzieś gramatyka, gdzieś Fronda, gdzieś eseje, gdzieś coś jeszcze - a najlepsze, że doskonale pamiętam, gdzie jaką pozycję znaleźć oraz co od kogo o komu pożyczyłam. Dobrze się żyje wśród książek. A ponadto - pozwalają rozeznać gości. Jeśli ktoś ogląda leżące na wierzchu egzemplarze, podczytuje, próbuje wynosić bądź pożyczać, albo zaczyna rozmowę - znaczy się swój człowiek.
Książki to wierni przyjaciele. Nie obrażają się, nawet jeśli mamy ciche dni, jeśli nasz związek przeżywa gorsze chwile... Zawsze, zawsze można wrócić. Więc wracam. I będę pisać, bo słowo przeczytane trzeba dać dalej, pokazać, ogłosić.
Zastanawiam się, czy mam jakąś blokadę, czy to po prostu lenistwo. Ale leżą książki nieskończone od kilku miesięcy, zdobyczny na Allegro Olaf, którego czytałam z zapałem na wykładach - trza by zacząć od nowa, aby przypomnieć kontekst; nowy Zafon, zaczynany kilkakrotnie... Tu coś pożyczone, wypożyczone, wciśnięte jako "musisz to przeczytać". Gdybym dostała w prezencie wolny tydzień, mogłabym się nie ruszać z kanapy, zapijać herbatki i odpłynąć na wyspy szczęśliwe literatury. Dawno tam nie byłam na dłużej, wpadam tylko na moment.
Książki mówią o ludziach i prowokują ludzi do mówienia o sobie. W moim mieszkaniu obiekty drukowane są wszędzie, kodeksy mieszają się z literaturą okołośródziemnomorską, jakaś mitologia, jakaś historia, belles lettres obok modlitewników, gdzieś notatki, gdzieś gramatyka, gdzieś Fronda, gdzieś eseje, gdzieś coś jeszcze - a najlepsze, że doskonale pamiętam, gdzie jaką pozycję znaleźć oraz co od kogo o komu pożyczyłam. Dobrze się żyje wśród książek. A ponadto - pozwalają rozeznać gości. Jeśli ktoś ogląda leżące na wierzchu egzemplarze, podczytuje, próbuje wynosić bądź pożyczać, albo zaczyna rozmowę - znaczy się swój człowiek.
Książki to wierni przyjaciele. Nie obrażają się, nawet jeśli mamy ciche dni, jeśli nasz związek przeżywa gorsze chwile... Zawsze, zawsze można wrócić. Więc wracam. I będę pisać, bo słowo przeczytane trzeba dać dalej, pokazać, ogłosić.
- Punkt na ziemi:Poznań
W sobotę ciemność opanuje świat. O godz. 20.30 miliard ludzi na całym świecie zgasi światło, żeby zaapelować o bardziej skuteczne działania w walce ze zmianami klimatycznymi. W Polsce w ramach akcji Godzina dla Ziemi najwięcej świateł zgaśnie w województwach śląskim i mazowieckim. To największy happening świata.
- Ludzie gaszą światła, żeby zademonstrować swoje poparcie dla walki z globalnym ociepleniem, dając wyraźny sygnał politykom, że powinni robić w tej sprawie więcej - mówi Agnieszka Sznyk z WWF Polska. Akcja ma też wymiar edukacyjny. Przypomina, że drobny, codzienny gest ma wpływ na stan środowiska. Pierwsza Godzina dla Ziemi objęła tylko Sydney. Rok później światła gasiło już około 50 mln ludzi na całym świecie. Wtedy zgłosiły się tylko dwa polskie miasta: Poznań i Warszawa. W tym roku przyłączyły się już samorządy 33 polskich miast oraz mieszkańcy i firmy z ponad 500. Najwięcej świateł w Polsce zgaśnie w województwach śląskim i mazowieckim.
[cyt. za Forum Frondy]
No, to trzeba będzie pozapalać wszystkie światła,
- Ludzie gaszą światła, żeby zademonstrować swoje poparcie dla walki z globalnym ociepleniem, dając wyraźny sygnał politykom, że powinni robić w tej sprawie więcej - mówi Agnieszka Sznyk z WWF Polska. Akcja ma też wymiar edukacyjny. Przypomina, że drobny, codzienny gest ma wpływ na stan środowiska. Pierwsza Godzina dla Ziemi objęła tylko Sydney. Rok później światła gasiło już około 50 mln ludzi na całym świecie. Wtedy zgłosiły się tylko dwa polskie miasta: Poznań i Warszawa. W tym roku przyłączyły się już samorządy 33 polskich miast oraz mieszkańcy i firmy z ponad 500. Najwięcej świateł w Polsce zgaśnie w województwach śląskim i mazowieckim.
[cyt. za Forum Frondy]
No, to trzeba będzie pozapalać wszystkie światła,
- Punkt na ziemi:Poznań
Potrzeba było chwili odpoczynku.
Pozbyłam się z sesji prawa handlowego (prodziekan usiłował być dowcipny i na moją prośbę o przeniesienie na piąty rok się zgodził, ale chyłkiem zrobił adnotację, że termin do końca października... Dobre i to.), poleniłam się troszkę, wyrzuciłam z siebie złość i zmęczenie, na chwilę schowałam rozsądek do kieszeni i postarałam się o nim zapomnieć - i wszystko to pomogło, paradoksalnie.
Pogoda wariuje, jednego dnia jest gradobicie, śnieżyca i słońce z piętnastoma stopniami. Ciężko więc zachować spokój i ład w takich warunkach. Ale będzie lepiej, musi być lepiej. Twardo tłumaczę Cycerona, nauczyłam się już czytać heksametrem (i zachwyciłam panią profesor!), gramatyka do przodu, historia zasadniczo też... Na prawie staram się dobrze bawić, co prawda dawno nie widziałam swojego promotora, ale na szczęście jeszcze nie moja kolej na referat.
Idzie wiosna, wszystko ma się budzić. Ale żeby się obudzić, trzeba się najpierw zagrzebać głęboko w ziemi. złapać trochę dystansu i odnaleźć prawdziwą siebie. Wtedy można wyłazić. Jak piękny, żółty żonkil - których znowu jest pełno na rogach ulic, pełne kosze i wiadra, uśmiechają się słonecznie i są właśnie takie, jak szczęście.
Pozbyłam się z sesji prawa handlowego (prodziekan usiłował być dowcipny i na moją prośbę o przeniesienie na piąty rok się zgodził, ale chyłkiem zrobił adnotację, że termin do końca października... Dobre i to.), poleniłam się troszkę, wyrzuciłam z siebie złość i zmęczenie, na chwilę schowałam rozsądek do kieszeni i postarałam się o nim zapomnieć - i wszystko to pomogło, paradoksalnie.
Pogoda wariuje, jednego dnia jest gradobicie, śnieżyca i słońce z piętnastoma stopniami. Ciężko więc zachować spokój i ład w takich warunkach. Ale będzie lepiej, musi być lepiej. Twardo tłumaczę Cycerona, nauczyłam się już czytać heksametrem (i zachwyciłam panią profesor!), gramatyka do przodu, historia zasadniczo też... Na prawie staram się dobrze bawić, co prawda dawno nie widziałam swojego promotora, ale na szczęście jeszcze nie moja kolej na referat.
Idzie wiosna, wszystko ma się budzić. Ale żeby się obudzić, trzeba się najpierw zagrzebać głęboko w ziemi. złapać trochę dystansu i odnaleźć prawdziwą siebie. Wtedy można wyłazić. Jak piękny, żółty żonkil - których znowu jest pełno na rogach ulic, pełne kosze i wiadra, uśmiechają się słonecznie i są właśnie takie, jak szczęście.
- Punkt na ziemi:Poznań
- Dźwięki:Michel Fugain - Belle Histoire
